Recenzja
ęgierskie Nemesys Team Studios chciało udowodnić, że w ich kraju też można robić dobre gry. Ignite w założeniach miało być ciekawą arcade’ową ścigałką, znacząco różniącą się od wydanych dotąd gier tego pokroju. Czy Węgrzy podołali zadaniu i wypuścili na świat grywalną produkcję?
Główny nacisk postawiono na tryb dla pojedynczego gracza, przez co ucierpiał multiplayer. I choć możemy ścigać się z paroma osobami, to nie funkcjonuje to jak powinno. Sytuacje ratuje rozgrywka single player. Jest dopracowana, ciekawa i bardzo interesująca, bo stworzona na kanwie zupełnie innej koncepcji, której do tej pory nie obserwowaliśmy w grach wyścigowych. W zasadzie nie ma tutaj znaczenia zajmowana pozycja. Liczy się ilość punktów na naszym koncie po przekroczeniu linii mety. Od osiągniętego czasu odejmowane są sekundy a ilość odjętego czasu zależy od uzbieranej liczby punktów. To daje zupełnie nowe możliwości prowadzenia wyścigu – stajemy na przykład przed dylematem czy wykorzystamy zdobyte punkty na użycie nitro. Trzeba się zastanowić czy będziemy starali się osiągnąć jak najlepszy czas, czy może jak największą ilość punktów.
Opisane wyżej zastosowanie sprawiło, że Ignite wymaga od nas skonstruowania odpowiedniej taktyki, by zdobyć laur zwycięzcy. To dosyć niespotykane w grach wyścigowych, bo zazwyczaj najważniejsze jest pierwszym przekroczyć linię mety. Innymi trybami rozgrywki jest Nokaut i „czasówka”. Ten pierwszy polega na kolejnym odpadaniu najsłabszych kierowców po ukończeniu danego okrążenia, aż do momentu, kiedy ostatni samochód przetnie linię mety. Drugi tryb to czasówka dająca nam punkty na start, gdzie każde uderzenie w przeszkodę owocuje ich odjęciem.
Bardzo ubolewam, że twórcy udostępnili w grze tylko 15 samochodów (dzielących się na trzy kategorie). To bardzo mało, zważywszy na to, że jesteśmy przyzwyczajeni do pokaźnej listy maszyn, które możemy poprowadzić. Nie są też one wykonane w rewelacyjny sposób. W zasadzie są przeciętne. Każdy pojazd ma pięć wariantów ufarbowania i lakieru, więc mimo małej liczby aut przeciwnicy wyraźnie różnią się od siebie. Kategorie dzielące pojazdy to: typ oldskulowy (muscle cars), zwykły i sportowy. Różnią się one parametrami oraz stylem prowadzenia. Muszę za to pochwalić twórców za 25 bardzo dobrze wykonanych tras. Ich różnorodność w jakiś sposób rekompensuje małą ilość aut.
Oprawa wizualna do najlepszych nie należy. Jak wspominałem pojazdy zostały wykonane przeciętnie, widać rozpikselizowane tekstury oraz niewygładzone krawędzie niektórych elementów. Dobrze, że twórcy zastosowali rozmycie w ruchu, co sprzyja ukrywaniu mankamentów graficznych w czasie jazdy. Ogólnie nie jest źle, jednak mogło być lepiej. O dźwiękach nie chce wspominać, bo są tragiczne. To tyczy się zarówno soundtracku jak i dźwięków, które słyszymy w trakcie wyścigów.
Pod względem mechaniki i gameplayu dzieło węgierksiego Nemesys prezentuje się całkiem dobrze. Model prowadzenia pojazdów jest czysto zręcznościowy, każdy skręt to niemal drift. Przypomina tym Need for Speed: Hot Pursuit. Samochód prowadzi się dobrze i sprawia to przyjemność.
Ignite definiuje jako grę niezależną, mimo że znalazła na świecie kilku wydawców (jak choćby polskie IQ Publishing). Studio Nemesis debiutowało, więc można wybaczyć im kilka drobnych błędów. W ostatecznym rozrachunku, biorąc pod uwagę również cenę produkcji, gra jest warta zakupu. Wersja elektroniczna jest wielokrotnie przeceniana, więc Ignite można kupić już do 20zł, natomiast polskie wydanie pudełkowe można już za 25zł, ale tylko w wypadku promocji (cena sugerowana to 49,99zł). Produkcja ukazała się na Steamie i zawiera komplet osiągnięć dla fanów wyzwań. Sumując wszystkie argumenty oceniam grę na cztery gwiazdki, szczególnie zważywszy na cenę gry.







