Recenzja

D

obry bajarz ma to do siebie, że nawet najbardziej banalną historią jest w stanie skupić wokół siebie liczne grono słuchaczy, z niecierpliwością wyczekujących jego następnych słów. Kierując się tym kryterium śmiem twierdzić, że twórcy z Frozenbyte są najlepszymi bajarzami w świecie gier. Trine 2, choć jest produkcją przeznaczoną do cyfrowej dystrybucji, jakością oraz wykonaniem może zawstydzić niejeden „pudełkowy” tytuł. Tak jak prosta opowiastka bywa ciekawsza od grubej książki…

Jak wskazuje numerek w nazwie, mamy do czynienia z kontynuacją, jednak niech nie martwią się osoby nie mające styczności z oryginałem. Po pierwsze, sequel na każdym polu bije poprzednika (i nie boję się tego zaznaczyć już na początku recenzji), więc granie w niego teraz troszkę mija się z celem. A po drugie, fabułą nie ma sensu zawracać sobie głowy, bowiem wzorem bajek dla dzieci jest ona prosta i naiwna aż do bólu.

Amadeusz buduje mosty. A Ty, obywatelu, jak przysłużyłeś się ojczyźnie?

Było ich troje…

Tak naprawdę wystarczy Wam wiedzieć, że tytułowy Trine jest mistycznym artefaktem, który ma między innymi moc zamykania kilku osobowości w jednym ciele. W wyniku tego dawniej dość blisko – możliwe, że aż za blisko – zapoznali się ze sobą trzej główni bohaterowie: Amadeusz, Zoya i Poncjusz. A że magiczne ustrojstwo posiadało własny rozum i dążyło do ocalenia świata przed złem, jedynym sposobem dla naszej trójki na powrót do normalnego życia było pokonanie zagrażającego krainie niebezpieczeństwa. Pewnego dnia Trine po raz kolejny oślepiającym blaskiem budzi Amadeusza w jego leśnej chatce, co może oznaczać tylko jedno. Żałosne „not again!” z ust biedaka mówi samo za siebie…

Trine 2 to czystej krwi platformówka.

Trine 2 to czystej krwi platformówka, w której na równi liczy się zręczność naszych palców i zasoby szarych komórek. Mamy do czynienia z tzw. perspektywą 2,5 D – postacie poruszają się wyłącznie w dwóch kierunkach, ale cała oprawa jest trójwymiarowa. Sam pomysł na gameplay wziął się jeszcze ze starusieńkiego The Lost Vikings Blizzarda. Mamy do dyspozycji trójkę bohaterów, pomiędzy którymi możemy w każdej chwili się przełączać. Z pomocą ich różnorodnych umiejętności radzimy sobie z wyzwaniami postawionymi przez twórców. I tak Amadeusz jest magiem, którym tworzymy (rysując w powietrzu kształty) skrzynie i kładki oraz przenosimy czarami przedmioty. Zoya to złodziejka, poza wrodzoną zwinnością ma pod ręką linkę z hakiem i łuk. Poncjusz z kolei, poza krągłym, rycerskim brzuchem, dysponuje mieczem i bojowym młotem, a ponadto chroni swoje cztery litery za pomocą tarczy.

Konkurs na najbardziej okazałą dynię uważam za otwarty – na prowadzenie wysunął się Poncjusz… Ze swoim wielkim brzuszyskiem.

Prawie jak tetris

Zasadniczo nasza przygoda składa się z trzech elementów: walki, sekwencji zręcznościowych (mówiąc prościej, skakania) i zagadek opartych o genialny system fizyki. Twórcy poszli po rozum po głowy i po zdecydowanie zbyt nastawionym na wywijanie mieczem oryginale skupili się na łamigłówkach. Efekt? Przyjemne mrowienie pod czaszką i niezwykła satysfakcja z rozgrywki. Radocha jest tym większa, że większość problemów zaprojektowano w sposób, który nie narzuca jednego konkretnego rozwiązania. Przykładowo, szybko zamykające się wrota można przechytrzyć jako złodziejka, chwytając się harpunem drewnianej belki po drugiej stronie. Ale równie dobrze jako mag można wyczarować parę skrzyń i wrzucić pomiędzy zębatki mechanizmu… Na widok miotanych grawitacją skrzynek i wrogów Newton byłby dumny – a do standardu wyznaczonego przez pierwsze Trine teraz doszła fizyka płynów, co dodatkowo pozwala kombinować z kierowaniem strumieni wody i kwasów.

Dla tych, którym główkowanie niekoniecznie idzie najlepiej, twórcy przygotowali specjalny system podpowiedzi – na szczęście, można tę opcję wyłączyć, do czego gorąco zachęcam. Z resztą, pomaga on tylko w przypadku zagadek kompletnie blokujących dalszą drogę, zaś sekrety, a także magiczne kule i eliksiry (tutejsze „doświadczenie”) trzeba już zdobyć o własnych siłach. Warto docenić wysiłek programistów, bowiem nierzadko uganianie się za głupią buteleczką potrafi znacznie podnieść temperaturę mózgowia…

Ciemny zaułek, bezbronna panna i rozpalony dżentelmen… PEGI 12, powiadacie?

Pieśń lodu i ognia

Oprócz czystej satysfakcji zbieranie różnorakich pierdółek przynosi punkty doświadczenia, które możemy zamienić na nowe zdolności dla naszych podopiecznych – nierzadko niezbędne, by dobrać się do znalezisk w dalszej części gry. W przypadku maga oznacza to większą ilość przedmiotów, które może przywołać (przez co odgrywa on największą rolę głównie w łamigłówkach), ale za to tak złodziejka, jak i rycerz mogą sobie poszaleć. Ognisty miecz, wybuchające strzały, zamrażające groty, rzucanie młotem, innymi słowy cały szereg środków do ubijania kolejnych tabunów wrogów, najczęściej karykaturalnych goblinów.

Należy uważać z dawkowaniem sobie rozgrywki – na dłuższą metę, mimo różnorodności przeszkód, przygody trójki awanturników mogą znużyć.

Tak doszliśmy do bardziej zręcznościowego aspektu Trine 2. Potyczki nie zdarzają się za często, lecz w większości przypadków nie sprawiają najmniejszego kłopotu. Nie dość, że z naszego Poncjusza osiłek jak się patrzy, to na dodatek gęsto porozrzucane checkpointy nie pozwalają denerwować się jakąkolwiek porażką. Co więcej, gdy giniemy, wszyscy wrogowie posłani do piachu grzecznie w tym piachu leżą (a unieszkodliwione mechanizmy takie też pozostają)… Innymi słowy, poziom trudności do najwyższych nie należy. Na dodatek należy uważać z dawkowaniem sobie rozgrywki – na dłuższą metę, mimo różnorodności przeszkód, przygody trójki awanturników mogą znużyć.

W rozgrywce przeszkadzała mi jeszcze jedna rzecz, mianowicie bossowie. Po obiecującym początku szybko przychodzi rozczarowanie, jako że jest ledwie kilku, a trzy czwarte to ta sama paskuda ubrana w inne szaty. Ich pokonanie (nawet ostatniego, chociaż on akurat nadrabia słabość fenomenalnym wyglądem) sprowadza się do ciągłego siekania ich po kostkach, co w grze z tyloma akcentami logicznymi zakrawa na kpinę.

Szczęśliwie, dla ambitnych Frozenbyte przygotowało prawdziwy rarytas: zestaw wymyślnych osiągnięć, jakich próżno szukać w innych grach. Gwarantuję, że dłuższą chwilę spędzicie, próbując ustawić wieżę z ośmiu przedmiotów, lub złapać wystrzelone złodziejką strzały na tarczę rycerza… Ani jedno z nich nie zakłada banału, jakim byłoby ukończenie któregoś poziomu, lub zabicie odpowiedniej ilości wrogów. Więcej takiego podejścia – może wtedy zostałbym łowcą achievementów.

Późna noc, głowa boli bo suto zakrapianym karnawale, a klucze oczywiście gdzieś wcięło.

W kupie raźniej

W grze oferującej aż trzy postacie grzechem byłoby nie zamieszczenie co-opa. Dzięki niebiosom, Trine 2 broni się w tym aspekcie – co więcej, czyni to z siłą lwa! Czy to przy jednym ekranie, czy też przez sieć, do zabawy możemy zaprosić dwójkę znajomych, a fun wzrośnie co najmniej czterokrotnie. Zwłaszcza, jeśli skorzystamy z bogatej palety opcji konfiguracji gry i narzucimy każdemu tylko jedną postać – tak, aby każdy sterował kim innym. Gra nie pozwala przejść dalej, dopóki wszyscy bohaterowie nie pokonają danej łamigłówki, a to niekiedy stwarza więcej trudności, niż gdybyśmy grali tylko jedną postacią… Salwy śmiechu i ciągłe uprzykrzanie sobie życia macie pewne jak amen w pacierzu.

Najpiękniejsza z bajek

Do zabawy możemy zaprosić dwójkę znajomych, a fun wzrośnie co najmniej czterokrotnie.

Tyle truję Wam o rozgrywce, a prawdą jest, że większość graczy do tej platformówki przyciąga iście baśniowa oprawa. I w sumie nie ma co się im dziwić: Trine 2 to jedna z najładniejszych gier w cyfrowej dystrybucji i niekwestionowany mistrz w swoim gatunku. Konkurencja najprawdopodobniej gryzie teraz deski kreślarskie, przeklinając raz po raz magików z Frozenbyte.

Od tajemniczego lasu, przez mroczne domostwo w wielkim drzewie, po wybrzeże targane burzą, z piorunami raz po raz rozświetlającymi ciemne niebo – każdy poziom to pokaz kunsztu grafików, dający drugie życie najbardziej ogranym motywom fantasy. Szczególnie potrafi zachwycić gra świateł, która została przedstawiona na poziomie znanym z najdroższych produkcji pudełkowych w rodzaju Killzone’a lub Gears of War! Wszystko to jest świetnie animowane, a postacie naszych bohaterów to małe dzieła sztuki. To, jak Amadeusz w czasie wichury trzyma tiarę i próbuje przeciwstawić się podmuchom wiatru (szata łopocze na wszystkie strony) trzeba zobaczyć samemu. A projekty największych istot w świecie Trine 2, na czele ze wspomnianym ostatnim bossem wyglądają jak żywcem przeniesione z animowanego filmu Pixara lub Dreamworks.

Druga składowa bajkowego klimatu to ścieżka dźwiękowa, opierająca się w całości o instrumenty. Już motyw przewodni w pada w ucho, ale polecam poczekać do aranżacji zagrzewających do walki – CD z utworem z ostatniego etapu powinien być zamknięty w gablotce i umieszczony jako wzór w Sevres pod Paryżem…

Odkąd rośliny zaczęły pożerać ludzi, liczba wegetarian w królestwie drastycznie spadła.

Na kontynuację Trine przyszło nam czekać ponad dwa lata i zdecydowanie było warto. Otrzymaliśmy perełkę, która dobitnie pokazuje, że dzisiaj gry rozprowadzane cyfrowo jakością mogą stawać w szranki z tymi „normalnymi”, a nierzadko nawet bić je na głowę… Chociaż fakt faktem, że na dłuższą metę może troszkę zmęczyć. Poza tym jeśli nie jesteś fanem platformerów – ten tytuł tego nie zmieni. Jeśli jednak tęsknisz za złotymi czasami skakania w dwóch wymiarach i lubisz pogłówkować, mag, rycerz i (przede wszystkim) złodziejka chętnie zaopiekują się Twoimi pieniędzmi. Uwierz mi, że oddasz je z przyjemnością.



O autorze

avatar
Montinek
Od młodości zapalony gracz, od niedawna raczkujący publicysta… Choć to chyba za wielkie słowo ;) Prócz elektronicznej rozrywki kręci mnie rysunek i pisanie – nie tylko recenzji. Cenię sobie muzykę rockową i ciekawą lekturę – w głównej mierze fantastykę. A ulubiony gatunek gier? Cóż… "Dobre" :D